Dzikie plaże i naziści
Z geograficznego punktu widzenia, kanaryjska wyspa Fuerteventura dzieli się na dwa półwyspy: Maxorata na północy i Jandia na południu, oddzielone najwęższym miejscem wyspy - przesmykiem La Pared, przez który w momencie hiszpańskiego najazdu przebiegał od wybrzeża do wybrzeża mur oddzielający dwa królestwa Guanczów.
Półwysep Jandia jest obecnie turystycznym rajem. Ale nie cały. Od miasta Morro Jable na południowym wybrzeżu zaczyna się rejon całkowicie praktycznie pozbawiony infrastruktury. Są tam tylko drogi gruntowe, którymi można dotrzeć między innymi, poprzez przełęcz w łańcuchu górskim przedzielającym półwysep, na północną, nawietrzną jego część (Bralovento; południowa, zawietrzna to Sotavento).
![]() |
| Widok na wybrzeże Barlovento z okolic Roque del Morro |
Jeżeli uda się pokonać przytulone do skał serpentyny nieutwardzonych i niezabezpieczonych dróg...
... można cieszyć się widokiem pustych plaż, przy których nie stoją żadne hotele, a jedyne lokale gastronomiczne to prowizoryczne knajpki w składającej się z lepianek wiosce Cofete.
![]() |
| Playa de Cofete |
Należy pamiętać jednak, że kąpiel po tej stronie półwyspu może być niebezpieczna ze względu na niespokojne wody, w których mogą występować wiry.
Udając się tam, dobrze jest też skorzystać z samochodu terenowego, ponieważ zwykłe auta z wypożyczalni nie są ubezpieczone od zdarzeń poza drogami utwardzonymi.
W tym miejscu zachęca się koncern Fiat/Chrysler do uiszczenia gratyfikacji za reklamę pojazdu marki Jeep ;>
Z półwyspem Jandia wiążą się ciekawe legendy. W czasie drugiej wojny światowej cały półwysep był podobno zamkniętą strefą militarną, oddaną w zarząd Niemcowi Gustawowi Winterowi. Był on przemysłowcem, który przed wojną wybudował sobie okazałą willę na odludnym terenie w pobliżu Cofete, u stóp Pico de la Zarza - najwyższego szczytu Fuerteventury.
Z relacji tubylców wynika, że często lądowały w tej okolicy samoloty i pojawiały się u-booty. Niektórzy twierdzą, że willa ta ma tajne, podziemne połączenie z plażą, od której dzielą ją jakieś 2-3 kilometry. Ponoć na dnie Atlantyku w pobliżu wybrzeża Barlovento spoczywa wrak niemieckiego okrętu podwodnego.
Zastanawiasz się pewnie, drogi czytelniku, co tam się teraz w środku znajduje. Oficjalna odpowiedź jest taka, że nic, obiekt stanowi własność jakiejś hiszpańskiej firmy i nie wolno tam wchodzić.
Jednakże, willę zamieszkują, chyba na dziko, dziadek z babką. Okazało się, że to bardzo gościnni ludzie, którzy zaprosili nas do środka (za co zostali hojnie wynagrodzeni kwotą 5 EUR).
Wnętrze jest nieco zaniedbane, ale zapewnia schronienie przed słońcem i deszczem, a ogródek na dziedzińcu dostarcza zapas kanaryjskich bananów. Nie znaleźliśmy śladów nazistów, aczkolwiek po przedstawionym poniżej tarasie mogli stąpać wysocy dygnitarze III. Rzeszy, chociażby w miejscu, w którym stoi ta białogłowa...
... albowiem istnieją teorie, jakoby Willa Wintera miała stanowić pod koniec wojny punkt przerzutowy wierchuszki nazistowskiej do Ameryki Południowej. Podobno odbywały się tu nawet operacje plastyczne, mające na celu ułatwienie im ucieczki do takich neutralnych państw, jak Argentyna.
W związku z powyższym, należy łączyć historię willi z teorią dotyczącą istnienia tzw. Nowej Szwabii (Neuschwabenland) - sekretnej niemieckiej kolonii na Antarktydzie. Zgodnie z tą teorią, III. Rzesza założyła w latach 30-tych XX. wieku na tym lodowym kontynencie stałe bazy, które funkcjonowały dzięki tzw. oazom ciepła (oazy zostały oficjalnie odkryte przez Amerykanów pod koniec lat 40-tych). Tuż przed zakończeniem wojny, naziści postanowili ewakuować swoich notabli oraz najlepszych naukowców w tamten rejon świata. Zabrali ze sobą najnowsze technologie, które nie były znane żadnym innym mocarstwom, a według jednej z legend pozyskane zostały w wyniku odkrycia przez Niemców w Tybecie w latach 30-tych tzw. Shagri-La, mitycznej krainy, która miała kontakt z obcymi cywilizacjami.
Istnienie niemieckich baz na Antarktydzie potwierdzać mają nieujawnione do dziś tajemnice amerykańskich operacji wojskowych na tym kontynencie, tj. operacji "High Jump" w 1947 r. i "Deepfreeze" w latach 1955-57. US Navy mialaby jakoby w pierwszej z nich ponieść klęskę z rąk Niemców i uciekać w popłochu, by wrócić po kilku latach i użyć broni atomowej. ;-)
Jedną z tajnych technologii III. Rzeszy miał być napęd antygrawitacyjny, który umożliwiał - praktycznie bez zużywania paliwa - loty z prędkością do nawet 12000 km/h i możliwość lotu w kosmos. Pojazdy tak zasilane miały kształt dysku i średnicę 70 m.
I podczas naszego pobytu, stała się rzecz niezwykła, potwierdzająca prawdziwość tych teorii. Ku naszemu zaskoczeniu, zobaczyliśmy na niebie kształt przypominający niemiecki statek latający z napędem antygrawitacyjnym Haunebu-III!
;-)))))))))))))))))))













Komentarze
Prześlij komentarz